Palacio da Pena przywitał mnie tak gęstą mgłą, jakby nie chciał zdradzać do końca wszystkich swoich sekretów. Pałac przypomina skrzyżowanie pałacyku z Disneylandu z niemieckim zamkiem Neuschwanstein. Być może da Pena zakrył się płaszczem mgły, ze względu na swoje karkołomne pomieszanie stylów, a może chciał tylko dodać sobie aury tajemniczości, która jest przecież odpowiednia dla każdego przyzwoitego zamku.
Bez względu na zamiary, pałacowa sztuczka się udała. A ja długo chodziłem, zauroczony we mgle, murami obronnymi budowli. Co prawda nie widziałem, ponoć wspaniałego, widoku na położony niżej mauretański zamek i całą Sintrę, ale nastrój i coraz to inne fragmenty zamku wyłaniające się z mgły wynagrodziły mi to z nawiązką. Długo by można pisać o wnętrzu pałacu, które nie pozostało zmienione od momentu, gdy w 1910 roku opuściła je uciekająca z Portugalii para królewska. Mnie w oko wpadła jednak pałacowa kuchnia, której nie powstydziła by się nawet współczesna pani domu, a samo tylko wyobrażenie sobie gotowanych w niej królewskich dań, powoduje u mnie uczucie głodu.
Palacio da Pena posiada ogromny, przepiękny park. Polski dziewiętnastowieczny historyk Adolf Pawiński pisał o wizycie w nim, "...na każdym kroku uderza nas niezwykła roślinność, tak bujna, jak w dziewiczych lasach południowej Ameryki...najbarwniejsze kwiaty, najrzadsze drzewa... im dalej w ogród tym piękniejsze widoki...".
Spacerując po osnutych mgłą, alejkach parku trudno się z tymi słowami nie zgodzić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz