wtorek, 20 grudnia 2016

Pytanie o wiarę w Fatimie...

Zbliżają się Święta, buraki na barszcz wigilijny już zakiszone. Okazuje się, że w Portugalii też można, choć buraki są dwa razy droższe od pomarańczy. Najprawdopodobniej pojawią się też inne wigilijne potrawy, ale o tym za parę dni. Dzisiaj napiszę o niezwykłym miejscu, o Fatimie. Spróbuję też, sam sobie zadać pytanie. Czym jest dla mnie wiara? Niestety nie będzie to tylko jej pochwała.


Większość z nas zapewne nigdy nie usłyszałaby o Fatimie, gdyby nie to co wydarzyło się tutaj 13 maja 1917 roku, Trójce dzieci, 10-letniej Łucji i jej kuzynom; Franciszkowi i Hiacyncie ukazała się "Pani jaśniejsza niż słońce". Pani poprosiła ich by przychodziły w to samo miejsce 13. każdego kolejnego miesiąca. Dzieci opowiedziały historię rodzicom, którzy początkowo nie chcieli w nią wierzyć, jednak w końcu 13 października w tym miejscu pojawiło się około 70 tys. ludzi, Na stronie internetowej sanktuarium tak jest to opisane,"...słońce, które wyglądało jak srebrny dysk i można było na nie spoglądać bez trudności, wirowało wokół własnej osi jak ognista kula, zdając się spadać ku ziemi.."

Matka Boska, przekazała dzieciom 3 tajemnice. Pierwsza była wizją piekła, a druga kary jaka czeka grzeszników po śmierci. Pierwsza i druga były według niektórych zapowiedzią II Wojny Światowej. Trzecia przez wiele lat nie była ujawniana przez kościół. Dopiero papież Jan Paweł II ujawnił ją w 2000 roku. Miała dotyczyć zamachu na Ojca Świętego w Rzymie, który wydarzył się dokładnie w ten sam dzień i o tej samej godzinie, co pierwsze objawienie w Fatimie -13 maja 1981 roku.


Papież, który w podziękowaniu za ocalenie rok później wyruszył do Fatimy, ponownie został zaatakowany nożem, tym razem przez hiszpańskiego księdza. To i również to co dzisiaj dzieje się w Watykanie pokazuje jak wiele kontrowersji jest w samym Kościele. Można tu zacytować za klasykiem, "takie czasy", można powiedzieć też księża są tylko ludźmi. Ja zacytuję moją babcię; "są trzy zawody, które wymagają powołania; lekarz, nauczyciel i ksiądz" Zapewne są księża, którzy są wspaniałymi ludźmi, czyniącymi dobro dookoła siebie, są też i "czarne owce".


Niektórzy wierzą, że trzecia tajemnica fatimska nie została ujawniona w całości, a jej ukrywana część jest ostrzeżeniem i mówi, właśnie, o tym co dzieje się w samym Kościele. Szczerze przyznam, że problemy z pochówkami, jeżeli ktoś nie ma pieniędzy, ślubami... itd. napawają nie obrzydzeniem.  O wielu rzeczach, które zdarzają się również wśród księży, nawet nie chcę pisać. Ale dobre wszyscy jesteśmy ludźmi.Przeraża mnie fakt, że medialny zakon, którego głównym celem jest "niesienie pomocy religijnej ludziom ubogim duchowo i materialnie" przyjmuje ostatni grosz od emerytów i rencistów, którym często brakuje na podstawowe lekarstwa. Myślę, że Kościół, zakładając oczywiście, że nie chce by jego świątynie w przyszłości pustką, powinien jak najszybciej sam posprzątać swoją "stajnię Augiasza". 





Nie mówię już nawet o wierze, gdzie podstawowe ludzkie odruchy, objawy człowieczeństwa czy choćby zwyczajnej empatii? I nie zrozumcie tego proszę jako atak na wiarę. Nie taki jest mój zamiar, sam jestem wierzący, choć przyznam, że do kościoła wolę chodzić najbardziej wtedy, kiedy nie ma w nim ludzi. W Fatimie najbardziej przeszkadzało mi to, że została ona skomercjalizowana, zamieniona w rodzaj turystyki religijnej, gdzie można kupić tysiące najróżniejszych dewocjonaliów, a przegania się osoby proszące o pomoc. Tak,wiem,wszystko się zgadza, niektóre osoby zrobiły sobie z żebractwa dochodowy biznes, ale czy tak naprawdę wiemy, którzy to są? Czy jednym z założeń naszej wiary nie jest pomoc bliźniemu? 


Czy Bóg, który widziałby to wszystko co dzieje się w Kościele, to co robią jego wierni 5 minut po tym jak wyjdą ze mszy św. byłby zachwycony? Czy śpiewanie pod kapliczkami, zakryje wszystko to co robimy na co dzień.Każdy teraz się oburzy i powie, ja absolutnie nikomu nic nie robię! Naprawdę? Nawet zwykłą, niewinną plotką można skrzywdzić ludzi. A czasami nawet NIC NIE ROBIENIEM. Czy to dzieje się w ostatnim czasie na całym świecie, nie zaczynało się niewinnie,być może tylko, naszym przyzwoleniem na niegodziwość i zło. 


W związku, że mam wielu różnych znajomych, i tych którzy powiedzą, że w Fatimie wylądowało UFO i tych, którzy piszą na facebooku ułożone przez siebie modlitwy. Zapewne dla tych drugich będę heretykiem, a pierwsi każą słuchać tylko "jedynego radia". Chciałem, Wam wszystkim, bez wyjątku powiedzieć, że zarówno Was jak i wasze przekonania szanuje. A tak naprawdę liczy się to czy jesteś dobrym, czy złym człowiekiem. Jaką masz miarę wartości, obojętne czy spisaną na kamiennych tablicach, czy zakodowaną tylko w Twojej głowie. Prawdopodobnie żadna z istniejących religii nie miała w założeniach czynienia zła. To tylko człowiek interpretuje ją na swój własny sposób. Uważam,że nie ma nic gorszego niż fanatyczny konserwatyzm, bez względu na to w której zakorzenił się religii. Co świetnie widać nie tylko w ostatnich czasach...






sobota, 10 grudnia 2016

Wyprawa do wnętrza Ziemi... Mira de Aire

W dzieciństwie, z wypiekami na twarzy czytałem "Wyprawę do wnętrza Ziemi" Juliusza Verne'a. Nigdy bym wtedy nie pomyślał, że będę nieraz schodził wgłąb naszej planety, choć oczywiście nie tak głęboko i bez takich przygód jak bohaterowie powieści. Jednak pomijając wymiary i odległości, było nie było, to zawsze wyprawa wgłąb Ziemi...


Nie odbierając niczego innym jaskiniom, które widziałem, portugalska Mira de Aire należy do jednej z najpiękniejszych. Ciekawe, że jest również największą i najpóźniej odkrytą jaskinią w Portugalii. Odkryta w całości dopiero w 1974 roku, dopiero po 30 latach badań i przygotowań została udostępniona turystom.


Ciągnącą się przez 11 km. jaskinię, znacznie lepiej zwiedzać  w małym gronie wtedy można wczuć się w klimat i chłonąć tajemniczy, kamienny, podziemny świat pełen stalaktytów, stalagmitów i wszelkiego rodzaju innych wytworów podziemnej natury. Choć patrząc na niektóre jej wyczyny, można by uwierzyć, że są wytworem jakiejś innej pozaziemskiej cywilizacji lub zaginionej rasy Atlantów, 


Pełna tajemniczych przejść, korytarzy i galerii, "podziemna forteca". Z jeziorkami podświetlonymi światłem, które pozwoliło naszym oczom odkryć ich urok w całości. Aż prosi się o cichutką muzykę Andreasa Vollenweidera lub Jean Michel Jarre'a w tle. Chciałoby się schować przed czujnym okiem przewodnika i zostać tu na znacznie dłużej, tym bardziej, że w jaskini jest 17 stopni Celsjusza. O dziwo, dość wysoka temperatura, jak na tak głęboką jaskinię.


Ponad sześćset metrów skał nad głową, wydaje się wcale nie przytłaczać,jakby bliskość Fatimy nadawała jej jakiś uduchowiony charakter. Lub też powietrze w nazwie (Aire), spowodowało jej nienaturalną i niezamierzoną lekkość.



Technologia na dobre zadomowiła się w tej podziemnej bazie tajemniczego nastroju. O ile światło tylko podkreśla piękno jaskini Mira de Aire, o tyle "wodne gejzery" pod koniec jej zwiedzania są jak dla mnie nieco przesadzone. No cóż, dzieciom na pewno się podoba, co najmniej tak samo, jak rodzicom winda, która 600 m, pokonuje w jedną chwilę. Bardzo szybko i boleśnie przywracając rzeczywistość.









Tajemnicze zniknięcie mieszkańców... i piwne dylematy

 ... idąc z Conimbrigi w stronę wioski  Condeixa a Velha napotykałem wciąż pozostałości rzymskich budowli i rosnące wokół gaje oliwne. Dwa tysiące lat temu musiało być tutaj zupełnie podobnie, Świeże powietrze, słońce i zapach dziko rosnących ziół.


Prawie, wszystko, bo oto zza zakrętu wyłoniła się, wyniosła sylwetka kościelnej wieży, nieomylny znak, że zbliżam się do wioski,


która jakby opustoszała przywitała ,mnie ujadaniem psów, pilnujących posesji swoich właścicieli, którzy zniknęli gdzieś, w sobie wiadomym tylko miejscu.


Tę zagadkę miałem odkryć nieco później, tymczasem zajęła mnie eksploracja rzymskich pozostałości, Obudziła się we mnie pasja dziecka, które koniecznie chce znaleźć swój skarb, choćby taki zupełnie niewielki.

Oczywiście skarbów, żadnych nie odkryłem, domyślając się, że miejsce to było zapewne inspiracją, dla wielu "domorosłych Indianów Jonesów" od wielu lat. W skutek moich poszukiwań"odkryłem" jednak urocze zaułki z przepięknym azulejos. Natrafiłem również na trop tajemniczego zniknięcia mieszkańców...

Sprawa okazało się bardzo prosta. Cóż można robić w niedzielne popołudnie w portugalskiej wiosce. Oczywiście korzystać z darów przyrody i ciężkiej pracy rolników, w przybytku, którego nie może zabraknąć w żadnej szanującej się portugalskiej wiosce. Cóż robić, wstąpiłem i ja...


Nie powiem, że na siłę, ponieważ głodnego i spragnionego po całodziennym spacerze bardzo mnie ten widok ucieszył. Lokal podzielony, był sprawiedliwie, na część dla starszych, wyposażoną w duży zapas najświeższych gazet i część dla młodzieży z dużą plazmą i stołem bilardowym. Dwa, wydaje się, odległe od siebie światy przedzielała samotna wyspa baru, z młodą Portugalką na straży. Przeglądając portugalską wersję Życia na gorąco, przypomniałem sobie, że w Portugalii pije się najwięcej wina w Europie, bo 55 litrów na 1 mieszkańca. Coraz częściej pije się też piwo, ale w zasadzie liczą się tylko dwie marki piw, które dzielą kraj na dwie części. Południe pijące tylko Sagres i północ, która wierna jest piwu Super Bock. Oczywiście, będąc bardziej na północy zamówiłem to drugie, które faktycznie, przynajmniej dla mnie, jest lepsze.


Piwo często podawane jest w małych butelkach, jeżeli chcemy lane piwo, musimy poprosić o Imperial. Nie jest to wcale nazwa browaru, a przedwojennego lokalu Cervejaria  Imperial Alema, w którym długo, jako jedynym w Portugalii było serwowane lane piwo.
Wioskowy przybytek, okazał się bardzo sympatyczny, również ma dużo niższe ceny niż w Lizbonie czy Coimbrze. I właściwe należało by tutaj napisać również o portugalskim winie, ale to temat szeroki, a za pobliskimi wzgórzami właśnie zachodzi słońce. Zatem przełożę go na któryś z następnych postów...



sobota, 3 grudnia 2016

Coimbra... krótka historia miasta studentów i dyktatora

Nie wszyscy wiedzą, że miasto Coimbra było kiedyś stolicą Portugalii i kolebką narodzin sześciu portugalskich królów. Do dzisiaj działa prężnie, pierwszy w Portugalii i jeden z pierwszych w Europie Uniwersytetów. Ale zacznijmy od samego początku...



Najprawdopodobniej ze wzgórz Coimbry korzystali już Celtowie, ale nazwę to urocze miasto zawdzięcza Rzymianom, którzy zaprzestali rozbudowy Conimbrigi na rzecz, strategicznie lepiej położonego miejsca, któremu nadali nazwę Colimbria. Pozostałości o Imperium w Conimbridze można podziwiać do dzisiaj. Według niektórych historyków miasto to ciągnęło się aż do granic dzisiejszej Coimbry i wciąż czeka na odkrycie przez archeologów. W 269 roku ne. Cesarstwo Rzymskie najechali Wizygoci, przybyli z północy. Po złupieniu Italii, udali się do Galii, którą również zdobyli. A stąd bardzo blisko było już do Coimbry, nad którą mieli władze kilkaset lat. W 711 roku ne. na półwysep Iberyjski przybyli Maurowie. To właśnie dzięki nim miasto rozkwitło, stając się handlowym centrum, łączącym chrześcijańską północ z muzułmańskim południem. W 871 roku powstało Hrabstwo Coimbra, ale samo miasto odbili dopiero rycerze Zakonu Templariuszy dopiero w 1064 roku. Na wskutek krwawej rekonkwisty, po pokonaniu Maurów, Coimbra zostaje pierwszą stolicą Portugalii. Nie cieszy się jednak długo tym mianem. Po blisko wieku, w 1255 roku król Afonso III przeniósł stolicę do Lizbony. Pół wieku później, Coimbra otrzymała jakby w "rekompensacie" papieskie prawo do założenia Uniwersytetu.


W 1290 roku uczelnia posiadała wydziały: artystyczny, prawa kanonicznego, prawa cywilnego i medycyny. Uniwersytet w Coimbrze był pierwszą w Portugalii i dwunastą w kolejności uczelnią wyższą na świecie. Współpracował blisko z Uniwersytetami w Paryżu, Oxfordzie czy Krakowie. Siedzibę Uniwersytetu kilkukrotnie przenoszono do Lizbony, i z powrotem, jednak w 1537 roku, za sprawą króla Jana III, osiadł na stałe w Coimbrze, stając się głównym centrum portugalskiej nauki. Do dziś uczelnia wzbogaciła się między innymi o wydziały; technologii, farmacji. psychologii i sportu. Każdemu z nich przypisany jest kolor wstążki, którą noszą studenci do swojego czarnego stroju.Uniwersytecka Biblioteka Joanina, kryje 30 tysięcy niezwykle rzadkich woluminów. Sponsorem pięknej biblioteki był król Jan V, który wzbogacił się, dzięki regularnym dostawom diamentów z Brazylii. W 1593 roku pod uniwersytecką aulą wzniesiono więzienie, które zachowało się jako jedyny taki średniowieczny obiekt w Portugalii. Wywołującym dzisiaj niedowierzanie  faktem jest, że jednym z najcięższych wykroczeń, było zniszczenie książki.
Już od XII wieku Coimbra, była podzielona na górne i dolne miasto. To pierwsze było podzielone pomiędzy arystokrację i duchowieństwo. Później zamieszkali w nim studenci. W dolnym mieście, blisko rzeki Mondego zamieszkali rzemieślnicy i handlowcy.


Od 1560 roku w Coimbrze "prawdziwą" władzę sprawowała Święta Inkwizycja. Trybunał w Coimbrze skazał na śmierć 313 osób, a ponad 9 tysiącom wymierzył inne kary. Palenie "wierzących i myślących inaczej" sięgnęło nawet Goa, portugalskiego skrawka Indii Zachodnich.  Inkwizycja w całej Portugalii została zlikwidowana dopiero w 1821 roku.
Pierwsza połowa XIX wieku nie była zbyt łaskawa dla Coimbry, przetaczająca się przez całą Europę inwazja francuska dotarła i tutaj. W 1810 roku wojska napoleońskie, którymi dowodzili generałowie Junot i Messena, zajęły miasto. Portugalczycy, z obywatelskiej milicji dowodzonej przez brytyjskiego oficera Nicholasa Tranta  odbili jednak miasto jeszcze w tym samym roku.
W drugiej połowie XIX wieku miasto odzyskało "utracony blask". Rozbudowało się i unowocześniło. W 1856 roku nadano tu pierwszy telegram. Miasto "przejrzało" gazowym oświetleniem, a w 1864 roku wyruszyły stąd pierwsze pociągi. Kilkanaście lat później wybudowano żelazny most na rzece Mondego. Miasto było gotowe na wejście w XX wiek. Miasto rozwijało się bardzo szybko, powstawały nowe ulice i osiedla na okolicznych wzgórzach. W 1910 roku obalono monarchie i proklamowano Republikę Portugalii. W 1911 roku mieszkańcy otrzymali noworoczny prezent. 1 stycznia ruszył pierwszy tramwaj w Coimbrze. Trzy lata później mieszkańcy miasta ciągle jeździli tramwajem, ale nie wszyscy. Niektórzy z nich wyruszyli na I Wojnę Światową, opowiadając się po stronie Ententy. Na początku wojny Portugalia chciała pozostać neutralna, jednak po konkwiskacie niemieckich statków w portugalskich portach. Niemcy wypowiedziały wojnę Portugalii 9 marca 1916 roku. Podczas II Wojny Światowej Portugalia pozostała neutralna, chociaż stała się areną walk wywiadów wielu państw. Zapewne również w Coimbrze rozgrywały się sceny rodem z Jamesa Bonda.

Od 1910 do 1926 roku w Portugalii powstało 45 różnych rządów, z których rekordzista przetrwał tylko 1 dzień. W wyniku osłabienia kraju i jego kiepskiej kondycji finansowej. Po dużym kilkuletnim zamieszaniu, wybrano na prezydenta Antonio Carmonę. Nowy prezydent poprosił o pomoc w "uzdrawianiu" państwa młodego ekonomistę i profesora na Uniwersytecie w Coimbrze Antonio Oliveirę de Salazara. Jak się okazało wybór ten był tak niefortunny dla Portugalii, że pozostała ona od wpływem dyktatora, ekonomisty Salazara aż do 1974 roku, kiedy to wybuchła Rewolucja Goździków. Okres rządów Salazara, był ciężki dla mieszkańców Coimbry, tak samo jak dla reszty kraju. Na Wyspach Zielonego Przylądka założono nawet obóz koncentracyjny dla politycznych przeciwników. Dwóch studentów Uniwersytetu w Coimbrze zostało skazanych na 7 lat więzienia, tylko za wzniesienie toastu "za wolność". Miasto w którym "nomem omen" dyktator był profesorem, byo dla niego przysłowiową "kulą u nogi". W 1968 roku pomysłowi studenci, wymyślili sposób na walkę z systemem. Otóż dzień przed planowaną ,manifestację pieczołowicie wysmarowali strome uliczki mydłem, by policjanci nie mogli ich dogonić. Patent ponoć działał świetnie.
W 1974 wybuchła Rewolucja Goździków, w wyniku której zginęło tylko kilka osób. Dwa lata później odbyły się wybory prezydenckie i parlamentarne. Portugalia uznała prawo do nieodległości swoich kolonii w Afryce. Dzisiaj na Uniwersytet do Coimbry przybywają również mieszkańcy byłych kolonii, ale tym razem, po to by zdobywać wiedzę.





czwartek, 1 grudnia 2016

Conimbriga czyli... Rzymianom zawdzięczamy więcej niż nam się wydaje.

Studiując w Coimbrze, aż nie wypada nie zwiedzić jej najbliższych okolic. Gnany więc, od samego poranka, wspomnieniem o rzymskich mieszkańcach tych ziem i nucąc pod nosem temat z Gladiatora, spakowałem prowiant i wyruszyłem 16 km. na południowy - zachód do miejsca znanego niegdyś jako Conimbriga. Uśpione, kamienne miasto, wciąż otoczone drzewami oliwnymi, nie chce zniknąć z powierzchni ziemi, jakby wciąż chciało świadczyć o wielkości Imperium...


Myślę, że ludziom kiedyś tutaj musiało żyć się dobrze, oczywiście pod warunkiem, że nie było się niewolnikiem, lecz obywatelem rzymskim. Świetny klimat, wszystkie wygody. Kanalizacja, sauny, basen miejski. Naturalnie klimatyzowane pomieszczenia, sklepy rynek, amfiteatr. A wszystko to z zachwycającym do dzisiaj artystycznym rozmachem.




Żyć, co prawda w dalekiej prowincji Lusitania, ale to też zapewne miało swoje plusy. Myśląc o tym, przypomniałem sobie, że dzisiaj 2000 lat później moje rodzinne miasto Sanok nie ma publicznej sauny, a budowa nowego basenu od kilkunastu lat jest wielkim problemem. Jak nam tym dłużej zastanowić to do dziś korzystamy przecież z rzymskiego prawa i wielu innych udogodnień, które w spadku pozostawili nam Rzymianie. Odwiedzając to miejsce, a także korzystając z pracy komputerowych grafików możecie zobaczyć, jak kiedyś wyglądała Conimbriga.




Rzymianie owszem podbijali coraz to nowe terytoria siłą, ale wiedzieli też, że siłą ich nie utrzymają, dlatego też dawali podbitym ludom wiele w zamian. Ludzie, którzy skorzystali z wygód, atrakcji i ochrony, które dawało im cesarstwo nie chcieli już wracać do "starego". Na tym właśnie polegała siła i trwałość Imperium. Teoretycznie każdy mógł zostać nowym pełnoprawnym obywatelem Rzymu.





Conimbriga, którą odwiedziłem po turystycznym sezonie była cicha i pełna tęsknoty za swoją świetnością, jednak w sezonie letnim rozbrzmiewa głosami turystów, a mieszkańcy tego skrawka Portugalii również nie zapominają o jej przeszłości. Mieszkający w okolicy Portugalczycy, wciąż znajdują w ziemi pamiątki sprzed 2 tysięcy lat, a według niektórych historyków antyczne rzymskie miasto ciągnęło się kilkanaście kilometrów aż do dzisiejszej Coimbry.




Podekscytowany tą wiadomością i spragniony po wielogodzinnym zwiedzaniu, ruszyłem pomiędzy kamiennymi murami, w stronę najbliższej wioski Condeixa a Velha. Patrząc przy tym uważnie pod nogi, po to żeby nie przegapić tego co, ponoć, można tu znaleźć. Ale o tym napiszę już następnym razem...






niedziela, 27 listopada 2016

Upadające dziennikarstwo czy ...Medialna Rewolucja

Przenikliwym zimnem i porywistym wiatrem powitało mnie Porto. W powietrzu czuć było zapach rewolucji. Nie zdziwiło mnie to bardzo, bo to buntownicze miasto zawsze było pod prąd. To tutaj urodził się Henryk Żeglarz, który "wypchnął" Portugalię na szerokie wody oceanów i zrobił z niej światowe imperium. To tu rozpoczął się bunt przeciwko, podbijającej kraj, armii napoleońskiej. Wreszcie tutaj, mieszkańcy dawnej stolicy Portugalii wzniecili bunt, kiedy markiz de Pombal zarządził nowe regulacje handlem winem porto. Czyżbym dzisiaj był świadkiem początków jakiejś, nowej, medialnej rewolucji?
Jednak opowieść o samym Porto przełożymy na jeden  z  następnych postów, ponieważ tym razem przyjechałem tu na Międzynarodowy Kongres Dziennikarstwa Internetowego. Ktoś może zapytać, i cóż w tym takiego niezwykłego? No cóż, choćby zaproszeni światowej sławy goście czy debata znanych osób z portugalskich mediów, które niezwykle szczerze mówiły o sytuacji w portugalskich i światowych mediach. Jednym z nich był Mark Deuze z Uniwersytetu w Amsterdamie...




Hmh... to że dziennikarstwo na całym świecie schodzi na psy wiadomo od dawna. Widać to choćby po spadku czytelnictwa i sprzedaży prasy. Przecież nikt nie da się bez końca oszukiwać. Widać to po płytkości programów telewizyjnych, czy choćby politycznej "sprzedajności", nie tylko, polskich dziennikarzy. Brak obiektywności w przekazach powoduje, powoduje, że przestajemy wierzyć mediom, a przez to nie chcemy płacić za subiektywne lub partyjne bzdury. Wydaje się, że jedynym wyjściem, oczywiście jeżeli interesuje nas to co się dzieje dookoła, jest  oglądanie czy czytanie informacji z wielu skrajnie zróżnicowanych mediów i wyciąganie własnych wniosków. Ale czy każdy z nas ma na to czas i chęci? Nie tędy chyba droga.
Oczywiście ktoś teraz powie przecież nie ma prawdy obiektywnej. Sam mistrz dobrego dziennikarstwa Melchior Wańkowicz przecież napisał, że obiektywność jest jak lustro. Zależnie z której strony spojrzymy, rzeczywistość jest trochę inna. Całkiem jak my sami w lustrze. Problem, żebyśmy to ciągle byli my, a nie całkiem ktoś inny, z dorobionym nosem i uszami.
Dzisiejsze media często chcą nam wmówić, że czarne to białe lub na odwrót. Taka oczywista, oczywistość, a jeżeli ktoś nie jest z nami jest przeciwko nam.
Po części jest to zrozumiałe, w końcu dziennikarz też człowiek. Musi żyć, nakarmić rodzinę, a przeciwstawianie się siłom politycznym czy potężnym koncernom nie jest lukratywne i rzadko przynosi zyski. Łatwiej robić swoje, słuchać jedynej słusznej racji i nie wychylać się. Iść pod prąd jest naprawdę ciężko... TYLKO PO JAKĄ CHOLERĘ BYĆ WTEDY DZIENNIKARZEM ? Przecież można być piekarzem, kierowcą, sprzedawcą... kim tylko chcemy. Bez nacisków, wygodnie i w miarę spokojnie. Zatem wszyscy się chyba zgadzamy, dobry dziennikarz musi być przede wszystkim niezależny. Zatem jeżeli jest to, prawie niemożliwe w rozgłośniach radiowych i telewizyjnych, oraz prasie, to gdzie? Oprócz murów i listów w szufladzie, jest tylko jedno miejsce - INTERNET. Wiem, co teraz chcecie powiedzieć i zgadzam się. To kraina niczym ta rodem z Władcy pierścieni, pełna trolli i innych internetowych orków na usługach ciemnej strony. Ok. zgadzam się, ale jest to też kraina elfów i można w nim znaleźć prawdziwe dziennikarskie Shire. Jest dużo ludzi, którzy w to wierzą...


Wrodzony optymizm pozwala mi wierzyć, że to początek nowej medialnej rewolucji, Jeżeli tkwi w Was choćby tylko odrobina poszukiwaczy prawdy już teraz możecie rozpocząć swoje internetowe poszukiwania i nauczyć oddzielać się ziarno od plew...



P.s.
Na V Międzynarodowym Kongresie Dziennikarstwa Internetowego nie obyło się również bez polskiego akcentu. O polskim filozofie i eseiście Zygmuncie Baumanie wspomniał podczas otwarcia kongresu Mark Deuze. A ja chciałem podziękować, za to, że mogłem uczestniczyć w kongresie mojemu profesorowi Pedro Jeronimo, który był również jego organizatorem.


Znalezione obrazy dla zapytania zygmunt bauman










sobota, 19 listopada 2016

Podobieństwo tkwi w... róznicy

Portugalczyków i Polaków łączy  wiele więcej, niż dwie pierwsze litery w nazwie, ale różnic między nami z całą pewnością jest równie dużo. W pierwszy dzień przyjazdu do Coimbry, zauważyłem niezwykłą życzliwość Portugalczyków. Pytając o drogę, możemy spodziewać się, że ktoś podprowadzi nas spory kawałek, tłumacząc jak mamy dojść na miejsce, jakby ciesząc się jeszcze, że może być pomocny. Starsza kobieta zapytana, kiedyś przeze mnie, o Urząd Miasta Coimbry poprowadziła mnie na miejsce przez pół miasta. Pomimo, że szła w zupełnie innym kierunku i mimo moich kilkukrotnych "protestów" i podziękowań. I muszę tutaj przyznać, że nie jest to zjawisko wyjątkowe.
Mieszkańcy tego krańca Europy są romantyczni, podobnie jak kiedyś Polacy. Jednak ich nostalgia jest inna. Wyrażona w pieśniach Fado i w Saudade jest wartością samą w sobie. Portugalia jest jak wyspa oblana z jednej strony przez ocean, a z drugiej przez odmienność Europy.


Mieszkańcy tej "wyspy"mówią sami o sobie że są brandos costumes, czyli łagodnych obyczajów. Nawet, gdybym długo szukał, nie znalazł bym chyba lepszego określenia. 
Mimo wielu różnic, jesteśmy do siebie bardzo podobni. od zawsze buntowniczy i ciekawi świata.  Mamy podobne nałogi, jak chociażby kawę, która tutaj, bardzo mocna,podawana jest w miniaturowych filiżaneczkach. Lecz bez której prawdziwy Portugalczyk, tak samo jak większość Polaków nie wyobraża sobie poranka. Podobnie jest  miłością do alkoholu, która tutaj jednak nieco bardziej przejawia się w jego produkcji.
Teodor Tripplin tak pisał o wizycie na portugalskim targu w 1850 roku, "...co mnie zdziwiło, że pomiędzy wieśniakami, których tutaj było ze dwanaście tysięcy, żadnego pijaka odkryć nie byłem w stanie. Musi ich nie być wtedy. Portugalia... nie byłaby rajem dla ludzi żyjących z propinacyi. Z czegóż tedy żyje szlachta tego kraju, zapyta może niejeden. Pańszczyzna tam zniesiona,danin nigdy nie było, lud gorzałki nie pije, a podatki idą swoją drogą. To jakiś dziwny kraj ta Portugalia..."


Nie wiem czy dziwny jak twierdził doktor Tripplin, ale z całą pewnością niezwykły. O czym nie raz jeszcze, mam nadzieję, napiszę...




Leira... zamek na wygasłym wulkanie?

W całej Portugalii jest tyle pięknych miejsc, zabytków, ludzi i ciekawych zwyczajów, że potrzeba co najmniej kilku miesięcy, by zobaczyć je wszystkie. Właśnie tyle czasu przeznaczyłem na opisanie tego w tym blogu. Jednak z wyborem i kolejnością opisywanych miejsc zdałem na się na przypadek, intuicję, a nawet na pogodę.
Tym razem odwiedziłem niewielkie miasteczko Leira położone na północ od Lizbony. Choć dzisiaj straciło ono na swej pozycji, to kiedyś było najważniejszym punktem obronnym pomiędzy Coimbrą a Lizboną. Na wysokim wzgórzu postawiono okazały zamek, będący kiedyś najpotężniejszą twierdzą mauretańską. Jego zalety docenił również Alfons I Zdobywca zdobywszy go w 1135 roku. Dzisiaj można wyobrażać sobie tylko czasy jego świetności.


Podziwiając z kamiennych murów okolicę na całe miasteczko, zastanawiałem się czy dobrze żyło się tu jego mieszkańcom. Chyba musiało tak być, skoro służył on, jako najważniejsza rezydencja królewska dynastii Avis prze blisko 200 lat. Jedna z tutejszych legend głosi, że pod zamkiem ukryto wielki skarb, a inna że znajduje się tam uśpiony wulkan odpowiedzialny za podgrzewanie ciepłej wody źródlanej. Jedno jest pewne dzisiaj, turyści, zapewne tak jak dawniej mieszkańcy zamku podziwiają widok na całą okolicę z wielkiego zamkowego balkonu.


Leira w przeszłości nie była słynna tylko ze znaczenia w obronności kraju. To tutaj właśnie znajdowała się pierwsza w Portugalii maszyna drukarska, którą uruchomił w 1492 roku żyd Samuel d'Ortas drukując Stary Testament wraz z Targumem .
W Leirze znajduje się jeszcze jedno miejsce, którego każdy szanujący się student dziennikarstwa, grafiki czy fotografii opuścić nie może. To Muzeum Ruchomych Obrazków, które posiada całkiem niezłą kolekcję sprzętu wprawiającego obrazy w ruch od bardzo dawna, po ten najnowocześniejszy.
Trzeba również dodać, że Leira to świetne miejsce wypadowe, do wycieczek po okolicy. Blisko jest Fatima, docelowe miejsce pielgrzymek z całego świata czy jaskinie Mira de Aire, najdłuższe i ponoć najpiękniejsze w całej Portugalii, ale o tym to już kiedy indziej...


sobota, 12 listopada 2016

Pałac osnuty mgłą tajemnicy...

Palacio da Pena przywitał mnie tak gęstą mgłą, jakby nie chciał zdradzać do końca wszystkich swoich sekretów. Pałac przypomina skrzyżowanie pałacyku z Disneylandu z niemieckim zamkiem Neuschwanstein. Być może da Pena zakrył się płaszczem mgły, ze względu na swoje karkołomne pomieszanie stylów, a może chciał tylko dodać sobie aury tajemniczości, która jest przecież odpowiednia dla każdego przyzwoitego zamku.


Bez względu na zamiary, pałacowa sztuczka się udała. A ja długo chodziłem, zauroczony we mgle, murami obronnymi  budowli. Co prawda nie widziałem, ponoć wspaniałego, widoku na położony niżej mauretański zamek i całą Sintrę, ale nastrój i coraz to inne fragmenty zamku wyłaniające się z mgły wynagrodziły mi to z nawiązką. Długo by można pisać o wnętrzu pałacu, które nie pozostało zmienione od momentu, gdy w 1910 roku opuściła je uciekająca z Portugalii para królewska. Mnie w oko wpadła jednak pałacowa kuchnia, której nie powstydziła by się nawet współczesna pani domu, a samo tylko wyobrażenie sobie gotowanych w niej królewskich dań, powoduje u mnie uczucie głodu.


Palacio da Pena posiada ogromny, przepiękny park. Polski dziewiętnastowieczny historyk Adolf Pawiński pisał o wizycie w nim, "...na każdym kroku uderza nas niezwykła roślinność, tak bujna, jak w dziewiczych lasach południowej Ameryki...najbarwniejsze kwiaty, najrzadsze drzewa... im dalej w ogród tym piękniejsze widoki...". 


Spacerując po osnutych mgłą, alejkach parku trudno się z tymi słowami nie zgodzić...


Czas jest wielkością względną...

W Afryce ludzie nie przejmują się za bardzo czasem i podobnie jak starożytni Egipcjanie żyją często od jednego wylewu Nilu do następnego. Nie chowają się do cienia o godzinie 11.50, tylko wtedy, kiedy robi się zbyt gorąco, by funkcjonować na słońcu. Wydaje ni się, że są często szczęśliwsi i mniej zestresowani niż my... Żyjemy pod wielką presją CZASU, który w naszej kulturze jest wszechobecny i wszechogarniający. Portugalia leżąca na skraju Europy, tak naprawdę zawieszona jest pomiędzy dwoma światami. Będąc europejskim krajem, egzystuje jakby poza czasem. I to nie tylko na zegarze wioskowej, kościelnej wieży...


Nikt nie robi problemu, że wykładowcy spóźnią się o znacznie więcej niż "akademicki kwadrans", a studentom przychodzącym na wykłady godzinę później, nikt nie robi wyrzutów. Najdziwniejsze jest w tym to, że w żaden sposób nie wpływa to na jakość nauki. Podobnie jest wszędzie, ludzie czekający na miejski autobus, który miał przyjechać, np. o 13.36, jak gdyby zdają się nie zauważać, tego że przyjechał 30 minut później. Tutaj człowiek zapanował nad czasem, a przynajmniej często go nie zauważa. Muszę przyznać, że komuś dla kogo angielska maksyma Don't waste my time jest nieco bliższa, trudno się do tego przyzwyczaić... No cóż chyba lubimy żyć po presją czasu, życie wtedy wydaje się bardziej poukładane, ale czy szczęśliwsze?


środa, 9 listopada 2016

Zamysł wolnomularza... czy kaprys milionera?

Położone w pobliżu Lizbony miasteczko Sintra to miejsce, które od zawsze przyciągało ludzi swoją niezwykłością. Zauroczyło również i mnie. To tutaj pisał swoje mroczne baśnie Hans Christian Andersen, tutaj również Roman Polański nakręcił swoje Dziewiąte Wrota. Ciekawych miejsc jest tutaj wiele, mnie zauroczyło jednak szczególnie jedno. Quinta da Regaleira jest czymś znacznie więcej niż tylko kaprysem brazylijskiego milionera, który był również alchemikiem i masonem. Jest miejscem, które zawsze już pozostanie w pamięci, powracając w snach. Można tutaj spędzić cały dzień ciesząc zmysły i chłonąc "dziwną energię", którą niektórzy odczuwają w tym miejscu...


Niekończące się ogrody, otaczające ten niezwykły dom pełne są podziemnych ukrytych przejść, fontann i wodospadów. Z górnej części ogrodów przez ogromną "studnię" z kamiennymi schodami, przeszedłem jaskinią do zupełnie innej, ale równie zaczarowanej połaci zielonego raju.


W oddali, na wzgórzu widać  było przesłonięte mgłą kontury mauretańskiego zamku i bajkowego pałacu Palacio da Pena, o którym napiszę innym razem...