Coimbra przywitała nas 28 stopniowym upałem, co zważywszy na porę roku było zupełnie niezłym rezultatem. Niekoniecznie było to jednak idealna temperatura do poszukiwania mieszkania i niekończących się wspinaczek stromymi uliczkami miasta. Poszukiwania swego miejsca na ziemi, na następne kilka miesięcy zajęły nam 48 godzin. Błogosławiłem pomysł wynajęcia samochodu i rezerwacji hotelu. Fiacik 500 radził sobie dzielnie, jednak większość tras, ze względu na zakazy i tak musieliśmy pokonywać pieszo. Prawie wszędzie na świecie szukając mieszkania korzysta się z internetu, lokalnej gazety, agencji mieszkaniowej lub polskiego sklepu z ogłoszeniami na szybie. Otóż w Portugalii jest inaczej, ogłoszenia takie wiszą po prostu na słupach i budkach telefonicznych, najczęściej w pobliżu wyższych uczelni.
Na nasze szczęście dowiedzieliśmy się o tym już w drugim dniu pobytu ;-). Po spisaniu kilkudziesięciu numerów telefonów i "obdzwonieniu" ich wszystkich okazało się, że mamy kolejny problem. Nasze nadzieje, że większość Portugalczyków posługuje się językiem angielskim okazały się płonne. My natomiast po portugalsku umieliśmy cztery, aczkolwiek bardzo ważne słowa; obrigado, bom dia, boa tarde i por favore. Słowa te bardzo się nam przydały, ale tylko na początku i na końcu rozmowy. Cały "środek" pozostał nieodgadniony, zarówno dla jednej jak i drugiej strony ;-). Mimo braku lingwistycznych, ale dzięki innym naszym wrodzonym zdolnościom pooglądaliśmy w końcu kilka mieszkań. Ich ceny wprawdzie były bardzo zachęcające, jednak zamieszkanie byłoby tylko możliwe przy natychmiastowym zakupie i szybkiej konsumpcji co najmniej kilku butelek mocnego portugalskiego wina. Stan ogólny, brak ogrzewania i mocno nadwyrężony, przeciekający dach spowodował, że bardzo szybko podziękowaliśmy, mimo niskiej ceny. A wspomnianą konsumpcję przenieśliśmy w czasie do momentu znalezienia lokum. Zajęło nam to 48 godzin...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz