niedziela, 27 listopada 2016

Upadające dziennikarstwo czy ...Medialna Rewolucja

Przenikliwym zimnem i porywistym wiatrem powitało mnie Porto. W powietrzu czuć było zapach rewolucji. Nie zdziwiło mnie to bardzo, bo to buntownicze miasto zawsze było pod prąd. To tutaj urodził się Henryk Żeglarz, który "wypchnął" Portugalię na szerokie wody oceanów i zrobił z niej światowe imperium. To tu rozpoczął się bunt przeciwko, podbijającej kraj, armii napoleońskiej. Wreszcie tutaj, mieszkańcy dawnej stolicy Portugalii wzniecili bunt, kiedy markiz de Pombal zarządził nowe regulacje handlem winem porto. Czyżbym dzisiaj był świadkiem początków jakiejś, nowej, medialnej rewolucji?
Jednak opowieść o samym Porto przełożymy na jeden  z  następnych postów, ponieważ tym razem przyjechałem tu na Międzynarodowy Kongres Dziennikarstwa Internetowego. Ktoś może zapytać, i cóż w tym takiego niezwykłego? No cóż, choćby zaproszeni światowej sławy goście czy debata znanych osób z portugalskich mediów, które niezwykle szczerze mówiły o sytuacji w portugalskich i światowych mediach. Jednym z nich był Mark Deuze z Uniwersytetu w Amsterdamie...




Hmh... to że dziennikarstwo na całym świecie schodzi na psy wiadomo od dawna. Widać to choćby po spadku czytelnictwa i sprzedaży prasy. Przecież nikt nie da się bez końca oszukiwać. Widać to po płytkości programów telewizyjnych, czy choćby politycznej "sprzedajności", nie tylko, polskich dziennikarzy. Brak obiektywności w przekazach powoduje, powoduje, że przestajemy wierzyć mediom, a przez to nie chcemy płacić za subiektywne lub partyjne bzdury. Wydaje się, że jedynym wyjściem, oczywiście jeżeli interesuje nas to co się dzieje dookoła, jest  oglądanie czy czytanie informacji z wielu skrajnie zróżnicowanych mediów i wyciąganie własnych wniosków. Ale czy każdy z nas ma na to czas i chęci? Nie tędy chyba droga.
Oczywiście ktoś teraz powie przecież nie ma prawdy obiektywnej. Sam mistrz dobrego dziennikarstwa Melchior Wańkowicz przecież napisał, że obiektywność jest jak lustro. Zależnie z której strony spojrzymy, rzeczywistość jest trochę inna. Całkiem jak my sami w lustrze. Problem, żebyśmy to ciągle byli my, a nie całkiem ktoś inny, z dorobionym nosem i uszami.
Dzisiejsze media często chcą nam wmówić, że czarne to białe lub na odwrót. Taka oczywista, oczywistość, a jeżeli ktoś nie jest z nami jest przeciwko nam.
Po części jest to zrozumiałe, w końcu dziennikarz też człowiek. Musi żyć, nakarmić rodzinę, a przeciwstawianie się siłom politycznym czy potężnym koncernom nie jest lukratywne i rzadko przynosi zyski. Łatwiej robić swoje, słuchać jedynej słusznej racji i nie wychylać się. Iść pod prąd jest naprawdę ciężko... TYLKO PO JAKĄ CHOLERĘ BYĆ WTEDY DZIENNIKARZEM ? Przecież można być piekarzem, kierowcą, sprzedawcą... kim tylko chcemy. Bez nacisków, wygodnie i w miarę spokojnie. Zatem wszyscy się chyba zgadzamy, dobry dziennikarz musi być przede wszystkim niezależny. Zatem jeżeli jest to, prawie niemożliwe w rozgłośniach radiowych i telewizyjnych, oraz prasie, to gdzie? Oprócz murów i listów w szufladzie, jest tylko jedno miejsce - INTERNET. Wiem, co teraz chcecie powiedzieć i zgadzam się. To kraina niczym ta rodem z Władcy pierścieni, pełna trolli i innych internetowych orków na usługach ciemnej strony. Ok. zgadzam się, ale jest to też kraina elfów i można w nim znaleźć prawdziwe dziennikarskie Shire. Jest dużo ludzi, którzy w to wierzą...


Wrodzony optymizm pozwala mi wierzyć, że to początek nowej medialnej rewolucji, Jeżeli tkwi w Was choćby tylko odrobina poszukiwaczy prawdy już teraz możecie rozpocząć swoje internetowe poszukiwania i nauczyć oddzielać się ziarno od plew...



P.s.
Na V Międzynarodowym Kongresie Dziennikarstwa Internetowego nie obyło się również bez polskiego akcentu. O polskim filozofie i eseiście Zygmuncie Baumanie wspomniał podczas otwarcia kongresu Mark Deuze. A ja chciałem podziękować, za to, że mogłem uczestniczyć w kongresie mojemu profesorowi Pedro Jeronimo, który był również jego organizatorem.


Znalezione obrazy dla zapytania zygmunt bauman










sobota, 19 listopada 2016

Podobieństwo tkwi w... róznicy

Portugalczyków i Polaków łączy  wiele więcej, niż dwie pierwsze litery w nazwie, ale różnic między nami z całą pewnością jest równie dużo. W pierwszy dzień przyjazdu do Coimbry, zauważyłem niezwykłą życzliwość Portugalczyków. Pytając o drogę, możemy spodziewać się, że ktoś podprowadzi nas spory kawałek, tłumacząc jak mamy dojść na miejsce, jakby ciesząc się jeszcze, że może być pomocny. Starsza kobieta zapytana, kiedyś przeze mnie, o Urząd Miasta Coimbry poprowadziła mnie na miejsce przez pół miasta. Pomimo, że szła w zupełnie innym kierunku i mimo moich kilkukrotnych "protestów" i podziękowań. I muszę tutaj przyznać, że nie jest to zjawisko wyjątkowe.
Mieszkańcy tego krańca Europy są romantyczni, podobnie jak kiedyś Polacy. Jednak ich nostalgia jest inna. Wyrażona w pieśniach Fado i w Saudade jest wartością samą w sobie. Portugalia jest jak wyspa oblana z jednej strony przez ocean, a z drugiej przez odmienność Europy.


Mieszkańcy tej "wyspy"mówią sami o sobie że są brandos costumes, czyli łagodnych obyczajów. Nawet, gdybym długo szukał, nie znalazł bym chyba lepszego określenia. 
Mimo wielu różnic, jesteśmy do siebie bardzo podobni. od zawsze buntowniczy i ciekawi świata.  Mamy podobne nałogi, jak chociażby kawę, która tutaj, bardzo mocna,podawana jest w miniaturowych filiżaneczkach. Lecz bez której prawdziwy Portugalczyk, tak samo jak większość Polaków nie wyobraża sobie poranka. Podobnie jest  miłością do alkoholu, która tutaj jednak nieco bardziej przejawia się w jego produkcji.
Teodor Tripplin tak pisał o wizycie na portugalskim targu w 1850 roku, "...co mnie zdziwiło, że pomiędzy wieśniakami, których tutaj było ze dwanaście tysięcy, żadnego pijaka odkryć nie byłem w stanie. Musi ich nie być wtedy. Portugalia... nie byłaby rajem dla ludzi żyjących z propinacyi. Z czegóż tedy żyje szlachta tego kraju, zapyta może niejeden. Pańszczyzna tam zniesiona,danin nigdy nie było, lud gorzałki nie pije, a podatki idą swoją drogą. To jakiś dziwny kraj ta Portugalia..."


Nie wiem czy dziwny jak twierdził doktor Tripplin, ale z całą pewnością niezwykły. O czym nie raz jeszcze, mam nadzieję, napiszę...




Leira... zamek na wygasłym wulkanie?

W całej Portugalii jest tyle pięknych miejsc, zabytków, ludzi i ciekawych zwyczajów, że potrzeba co najmniej kilku miesięcy, by zobaczyć je wszystkie. Właśnie tyle czasu przeznaczyłem na opisanie tego w tym blogu. Jednak z wyborem i kolejnością opisywanych miejsc zdałem na się na przypadek, intuicję, a nawet na pogodę.
Tym razem odwiedziłem niewielkie miasteczko Leira położone na północ od Lizbony. Choć dzisiaj straciło ono na swej pozycji, to kiedyś było najważniejszym punktem obronnym pomiędzy Coimbrą a Lizboną. Na wysokim wzgórzu postawiono okazały zamek, będący kiedyś najpotężniejszą twierdzą mauretańską. Jego zalety docenił również Alfons I Zdobywca zdobywszy go w 1135 roku. Dzisiaj można wyobrażać sobie tylko czasy jego świetności.


Podziwiając z kamiennych murów okolicę na całe miasteczko, zastanawiałem się czy dobrze żyło się tu jego mieszkańcom. Chyba musiało tak być, skoro służył on, jako najważniejsza rezydencja królewska dynastii Avis prze blisko 200 lat. Jedna z tutejszych legend głosi, że pod zamkiem ukryto wielki skarb, a inna że znajduje się tam uśpiony wulkan odpowiedzialny za podgrzewanie ciepłej wody źródlanej. Jedno jest pewne dzisiaj, turyści, zapewne tak jak dawniej mieszkańcy zamku podziwiają widok na całą okolicę z wielkiego zamkowego balkonu.


Leira w przeszłości nie była słynna tylko ze znaczenia w obronności kraju. To tutaj właśnie znajdowała się pierwsza w Portugalii maszyna drukarska, którą uruchomił w 1492 roku żyd Samuel d'Ortas drukując Stary Testament wraz z Targumem .
W Leirze znajduje się jeszcze jedno miejsce, którego każdy szanujący się student dziennikarstwa, grafiki czy fotografii opuścić nie może. To Muzeum Ruchomych Obrazków, które posiada całkiem niezłą kolekcję sprzętu wprawiającego obrazy w ruch od bardzo dawna, po ten najnowocześniejszy.
Trzeba również dodać, że Leira to świetne miejsce wypadowe, do wycieczek po okolicy. Blisko jest Fatima, docelowe miejsce pielgrzymek z całego świata czy jaskinie Mira de Aire, najdłuższe i ponoć najpiękniejsze w całej Portugalii, ale o tym to już kiedy indziej...


sobota, 12 listopada 2016

Pałac osnuty mgłą tajemnicy...

Palacio da Pena przywitał mnie tak gęstą mgłą, jakby nie chciał zdradzać do końca wszystkich swoich sekretów. Pałac przypomina skrzyżowanie pałacyku z Disneylandu z niemieckim zamkiem Neuschwanstein. Być może da Pena zakrył się płaszczem mgły, ze względu na swoje karkołomne pomieszanie stylów, a może chciał tylko dodać sobie aury tajemniczości, która jest przecież odpowiednia dla każdego przyzwoitego zamku.


Bez względu na zamiary, pałacowa sztuczka się udała. A ja długo chodziłem, zauroczony we mgle, murami obronnymi  budowli. Co prawda nie widziałem, ponoć wspaniałego, widoku na położony niżej mauretański zamek i całą Sintrę, ale nastrój i coraz to inne fragmenty zamku wyłaniające się z mgły wynagrodziły mi to z nawiązką. Długo by można pisać o wnętrzu pałacu, które nie pozostało zmienione od momentu, gdy w 1910 roku opuściła je uciekająca z Portugalii para królewska. Mnie w oko wpadła jednak pałacowa kuchnia, której nie powstydziła by się nawet współczesna pani domu, a samo tylko wyobrażenie sobie gotowanych w niej królewskich dań, powoduje u mnie uczucie głodu.


Palacio da Pena posiada ogromny, przepiękny park. Polski dziewiętnastowieczny historyk Adolf Pawiński pisał o wizycie w nim, "...na każdym kroku uderza nas niezwykła roślinność, tak bujna, jak w dziewiczych lasach południowej Ameryki...najbarwniejsze kwiaty, najrzadsze drzewa... im dalej w ogród tym piękniejsze widoki...". 


Spacerując po osnutych mgłą, alejkach parku trudno się z tymi słowami nie zgodzić...


Czas jest wielkością względną...

W Afryce ludzie nie przejmują się za bardzo czasem i podobnie jak starożytni Egipcjanie żyją często od jednego wylewu Nilu do następnego. Nie chowają się do cienia o godzinie 11.50, tylko wtedy, kiedy robi się zbyt gorąco, by funkcjonować na słońcu. Wydaje ni się, że są często szczęśliwsi i mniej zestresowani niż my... Żyjemy pod wielką presją CZASU, który w naszej kulturze jest wszechobecny i wszechogarniający. Portugalia leżąca na skraju Europy, tak naprawdę zawieszona jest pomiędzy dwoma światami. Będąc europejskim krajem, egzystuje jakby poza czasem. I to nie tylko na zegarze wioskowej, kościelnej wieży...


Nikt nie robi problemu, że wykładowcy spóźnią się o znacznie więcej niż "akademicki kwadrans", a studentom przychodzącym na wykłady godzinę później, nikt nie robi wyrzutów. Najdziwniejsze jest w tym to, że w żaden sposób nie wpływa to na jakość nauki. Podobnie jest wszędzie, ludzie czekający na miejski autobus, który miał przyjechać, np. o 13.36, jak gdyby zdają się nie zauważać, tego że przyjechał 30 minut później. Tutaj człowiek zapanował nad czasem, a przynajmniej często go nie zauważa. Muszę przyznać, że komuś dla kogo angielska maksyma Don't waste my time jest nieco bliższa, trudno się do tego przyzwyczaić... No cóż chyba lubimy żyć po presją czasu, życie wtedy wydaje się bardziej poukładane, ale czy szczęśliwsze?


środa, 9 listopada 2016

Zamysł wolnomularza... czy kaprys milionera?

Położone w pobliżu Lizbony miasteczko Sintra to miejsce, które od zawsze przyciągało ludzi swoją niezwykłością. Zauroczyło również i mnie. To tutaj pisał swoje mroczne baśnie Hans Christian Andersen, tutaj również Roman Polański nakręcił swoje Dziewiąte Wrota. Ciekawych miejsc jest tutaj wiele, mnie zauroczyło jednak szczególnie jedno. Quinta da Regaleira jest czymś znacznie więcej niż tylko kaprysem brazylijskiego milionera, który był również alchemikiem i masonem. Jest miejscem, które zawsze już pozostanie w pamięci, powracając w snach. Można tutaj spędzić cały dzień ciesząc zmysły i chłonąc "dziwną energię", którą niektórzy odczuwają w tym miejscu...


Niekończące się ogrody, otaczające ten niezwykły dom pełne są podziemnych ukrytych przejść, fontann i wodospadów. Z górnej części ogrodów przez ogromną "studnię" z kamiennymi schodami, przeszedłem jaskinią do zupełnie innej, ale równie zaczarowanej połaci zielonego raju.


W oddali, na wzgórzu widać  było przesłonięte mgłą kontury mauretańskiego zamku i bajkowego pałacu Palacio da Pena, o którym napiszę innym razem...

Ocean wzywał od wieków...

To prawda, ocean wzywał od wieków... żeglarzy, odkrywców i zwykłych śmiertelników, którzy patrzyli z przerażeniem i pasją na jego potęgę z brzegu. Mnie również dopadł ten syreni śpiew, zatem nie było wyjścia. Wyruszyłem na spotkanie z ryczącą bestią do miejsca, w którym ląd wbija się najbardziej w jej mokry, hipnotyzujący brzuch. Do najdalej wysuniętego na zachód miejsca w całej Europie, Cabo da Roca. Być może to również tutaj patrzyli w dal planując swoje wyprawy portugalscy odkrywcy Vasco da Gama i Ferdynand Magellan.


Pomyśleć tylko, że ci ludzie pływali po całym świecie, po to żebyśmy mogli sobie doprawić poranną jajecznicę z boczkiem ;-) A tymczasem drugi z nich podczas poszukiwania drogi do przypraw, sam został zjedzony. Myślę jednak, że sens tych poszukiwań był o wiele głębszy i z taką myślą patrząc na zachód słońca w Cabo da Roca planuję swoją następną wyprawę...


sobota, 5 listopada 2016

Luis de Camoes nie wiedział o naszym przybyciu...

Luis de Camoes .. nie wiedział o naszym przybyciu, a nawet nie miał prawa wiedzieć, ponieważ urodził się jakieś 500 lat wcześniej. Nas jednak nie usprawiedliwiało nic! Nie wiedzieliśmy o istnieniu portugalskiego Mickiewicza, zanim nie zamieszkaliśmy na ulicy jego imienia.
Po miejscach, które oglądaliśmy wcześniej, to, mimo wyższej ceny wydało nam się pałacem z widokiem na całą Coimbrę...no prawie całą ;-)



Wreszcie,,, pozostało tylko rozpakowywanie walizek i wspólny wieczór z naszymi nowymi współlokatorami, którymi okazało się pięcioro portugalskich studentów... no to będzie wesoło ;-)



piątek, 4 listopada 2016

48 godzin poszukiwań...

Coimbra przywitała nas 28 stopniowym upałem, co zważywszy na porę roku było zupełnie niezłym rezultatem. Niekoniecznie było to jednak idealna temperatura do poszukiwania mieszkania i niekończących się wspinaczek stromymi uliczkami miasta. Poszukiwania swego miejsca na ziemi, na następne kilka miesięcy zajęły nam 48 godzin. Błogosławiłem pomysł wynajęcia samochodu i rezerwacji hotelu. Fiacik 500 radził sobie dzielnie, jednak większość tras, ze względu na zakazy i tak musieliśmy pokonywać pieszo. Prawie wszędzie na świecie szukając mieszkania korzysta się z internetu, lokalnej gazety, agencji mieszkaniowej lub polskiego sklepu z ogłoszeniami na szybie. Otóż w Portugalii jest inaczej, ogłoszenia takie wiszą po prostu na słupach i budkach telefonicznych, najczęściej w pobliżu wyższych uczelni.

 Na nasze szczęście dowiedzieliśmy się o tym już w drugim dniu pobytu ;-). Po spisaniu kilkudziesięciu numerów telefonów i "obdzwonieniu" ich wszystkich okazało się, że mamy kolejny problem. Nasze nadzieje, że większość Portugalczyków posługuje się językiem angielskim okazały się płonne. My natomiast po portugalsku umieliśmy cztery, aczkolwiek bardzo ważne słowa; obrigado, bom dia, boa tarde i por favore. Słowa te bardzo się nam przydały, ale tylko na początku i na końcu rozmowy. Cały "środek" pozostał nieodgadniony, zarówno dla jednej jak i drugiej strony ;-). Mimo braku lingwistycznych, ale dzięki innym naszym wrodzonym zdolnościom pooglądaliśmy w końcu kilka mieszkań. Ich ceny wprawdzie były bardzo zachęcające, jednak zamieszkanie byłoby tylko możliwe przy natychmiastowym zakupie i szybkiej konsumpcji co najmniej kilku butelek mocnego portugalskiego wina. Stan ogólny, brak ogrzewania i mocno nadwyrężony, przeciekający dach spowodował, że bardzo szybko podziękowaliśmy, mimo niskiej ceny. A wspomnianą konsumpcję przenieśliśmy w czasie do momentu znalezienia lokum. Zajęło nam to 48 godzin...

czwartek, 3 listopada 2016

Kochanka Mondego przywitała nas nocą...

Kochanka Mondego przywitała nas nocą...

Decyzje zostały podjęte, zatem po krótkich przygotowaniach i równie małych zakupach wyruszyliśmy w drogę, niczym Frodo Baggins z Shire.  Po internetowym rekonesansie i zakupie przewodników po Portugalii, byliśmy prawie gotowi. Najbardziej nurtowało mnie pytanie o pogodę jaka panuje w Portugalii podczas zimy, ostatecznie jednak, po przejrzeniu internetu, grube kurtki pozostały w mojej szafie czekając na przyszłoroczną zimę. Ze smutkiem przyjąłem do wiadomości, że bałwana w tym roku lepić nie będę. Pocieszała mnie jednak perspektywa piaszczystych plaż Algarve ;-), pięknych i ciepłych przez cały rok. 
W końcu wylecieliśmy z Warszawy prosto do Porto. Nad chmurami, które tym razem zazdrośnie, widoki na całą Europę pozostawiły dla siebie,  Porto to miasto tak piękne, ze w najbliższym czasie poświęcimy mu na pewno więcej niż 1 dzień i kilka butelek porto ;-). Tymczasem na lotnisku w Porto czekał już na nas zamówiony wcześniej fiacik 500, mały okrąglutki, ale za to z wielką duszą, o czym nieraz miałem się przekonać na wąskich i stromych uliczkach Coimbry. 
Gdy późnym wieczorem wjeżdżaliśmy do miasta, byliśmy już pewni, że dokonaliśmy słusznego wyboru. Wybitny polski historyk Franciszek Ziejka, który założył na Uniwersytecie Lizbońskim pierwszy lektorat języka i kultury polskiej nazwał Coimbrę Kochanką Mondego 
"...Mondego, tak żywo przywołujący w mej pamięci rodzinny Dunajec...przed ujściem znalazł swą oblubienicę Coimbrę..." 
Przypominając sobie te słowa i patrząc na przepięknie oświetlone nocą miasto, pomyślałem sobie -  nie tak łatwo Mondego twój rywal właśnie przybył...



wtorek, 1 listopada 2016

Narodziny... w wodach Mondego

Wschód czy Zachód? - oto jest pytanie...


Erasmus, moim skromnym zdaniem to jeden z najciekawszych pomysłów Unii Europejskiej. Na początku niewiele na ten temat wiedziałem. Jeden z moich wykładowców, kiedy dowiedział się o moim zamiarze skomentował krótko, "...a jedziesz na Orgasmus". Niestety później, ku zmartwieniu mojego kolegi ze studiów, który później wyruszył wraz ze mną, okazało się, że to niekoniecznie pokrywa się z rzeczywistością, a nauki jest całkiem sporo ;-).
Zapadła decyzja, JADĘ ! Wszak przyszły zawód dziennikarza jest wymagający i wymaga zbierania ciągle nowych doświadczeń. Trochę papierkowej roboty, wybór uczelni i przedmiotów, które będą pokrywały się, z tymi, które mamy w Polsce, ale przede wszystkim wybór miejsca na mapie Europy.
Do wyboru mieliśmy trzy państwa Niemcy, Turcję i Portugalię. Niemcy odpadły na samym początku, choćby tyko z powodu tego, że kilka razy już je odwiedziłem. Turcja, jest niezwykle pięknym i ciekawym krajem, lecz ostanie wydarzenia pokazały, że niekoniecznie bezpiecznym. Chociaż czołgi na ulicach potrafią być wdzięcznym tematem fotografii, która jest moją pasją ;-). Mieliśmy jechać we wrześniu na semestr zimowy, więc wybór ciepłej i oblanej falami oceanu Portugalii był zupełnie naturalny i oczywisty. Myśl o dobrym i niedrogim winie oraz pomarańczach zrywanych prosto z drzewa tylko przypieczętowała ten wybór. 
Po pierwszym, czekał nas kolejny wybór. Mogliśmy wybrać tylko jedną spośród trzech portugalskich uczelni. Po odrzuceniu niezwykle kuszącej Lizbony, wybór padł na niezwykłe miasto Coimbra, Położoną pomiędzy Lizboną a Porto. Jedno z najstarszych miast uniwersyteckich świata, położone pośród wielu malowniczych wzgórz nad rzeką Mondego...